PARTIR C’EST MOURIR UN PEU

grudzień 8, 2009

Odległość jest magicznym dystansem. Zdystansowuje. Oddala. Odległością swą oddziela od rzeczy nam znanych, lubianych, niedocenianych i skrycie kochanych. Odległość nieustannie prowokuje do Okrzyku „déjà vu!”.

Kiedy idąc chodnikiem w całkowicie obcym mieście, w części małej, malutkiej, takiej tylko chwilowo oswojonej, widząc posturę mężczyzny przed nami kroczącego, mamy ochotę zakrzyknąć: „A. zaczekaj!”, bo jego postura jest sylwetką od lat znanego kolegi… kiedy wypowiedziane przez obcą osobę słowa przypominają dawną konwersację, wcale (o dziwo!) nie czujemy  marazmu powtarzanych chwil, a dyskretny sentyment za czasem minionym…  kiedy otrzymana wiadomość, dowód pamięci porusza do łez, wcale nie histerycznych, a  li pojedynczych kropel…

…i kiedy leżąc próbujemy zasnąć, by przespać czas, a na oczy cisną się z całą jaskrawością wielobarwnych snów, pokojowe widoki własnego domu, bez wątpienia, a z całą pewnościa należy skonstatować, że czas już na nas, i umrzeć teraz troszkę trzeba tu, by (jak ten magiczno-złotawy, choć wieje tu przesadą, feniks)obudzić się do życia w symultanicznym świecie zakrzywionym przez odległość.


W SPRAWIE NOMADA

grudzień 8, 2009

W sprawie Nomada należy nadal, wbrew dalszemu biegowi wydarzeń, biegowi, który nie ma już nic wspólnego z  głównym nurtem zdarzeń, wypowiadać się czule i mile. Tak by magicznym słowem uprzejmości, zaczarować chwile, które w prywatnej kronice wydarzeń zostały uszeregowane minutami, godzinami i dniami (czasami tylko tyle nam pozostaje) na małej półeczce, po prawej stronie wyobraźni.

W owym miejscu spoczywają chwile minione, każdy z tych momentów, niczym słoik babcinej konfitury opatrzony jest papierową etykietką z cienkiego papieru o nieco nadszarpniętych brzegach. Owo zużycie wynika z częstotliwości przywoływanych wspomnień. Jednakowoż wiadomo, że im więcej filozoficznej wody upłynie, tym rzAdziej sięgamy, po tej właśnie maziowatej konsystencji twór.

Pływa on sobie po wyznaczonej biologicznie przestrzeni naszego mózgu zdolny do ugniecenia, uformowania względem  naszego nastroju. Wiadomo, że z  czasem jego forma może ulec zmianie, może stać się bezforemną-z braku pomysłu. Jednak niekiedy usilnie chcemy, wbrew logice i rozsądkowi,  nie ganić i nie oczerniać niektórych wspomnień. Pozostawmy więc je cicho, swobodnie i leciutko w atmosferze przyjemności i ekstatycznych uniesień, rozkoszy ciał i dotyku dłoni.

***

A jedyną pamiątką, o zapachu greckiej oliwki, z lubością kobiet epoki Frani, wypierzmy… skarpetki.


grudzień 5, 2009

Codzienny wiatr wydarzeń szarpał się z nią na granicy dwóch światów. Jedno zaciągnięcie a  rzeczywistość staje do walki z na piasku pisanymi marzeniami, słowami i obietnicami. Wystarczyło by powiedzieć, że były to zwykle ambiwalenten  odczucia. Wystarczyłoby sprecyzować czego się pragnie i realizować obrany wcześniej cel.

Jednak sprawy wcale nie miały obrać tak prostego biegu.

Cel, gdy dotyczy innych często jest nieprzewidywalny, tak jak nieprzewidywalne są myśli innych osób.

Gdy wszystko staje się kwestią wiary w słowa drugiego człowieka, nic już nie pozostaje jasne. Wszystko zaczyna się gmatwać, a każda obietnica zdaje się być jak bańka puszczona w powietrze. Krucha i zdolna do rozpłynięcia się w przestrzeni.  Tak pięknie byłoby w to uwierzyć i osiąść na mieliźnie tej pewności, a jednocześnie ta druga strona i to co już wiemy skądinąd podpowiada, że byłoby to nazbyt naiwne, nawet jak na nią. Nie uwierzę póki nie zobaczę.

Niech jedzie do Iranu.


Perypetie skręconego papierosa

grudzień 5, 2009

Początkowo była bibułka, 100mieści się w paczce. Następnie filtrów na 150 skręceń.  Ostatecznie zawinąć w to należy- opatulić futerkiem rozciągłego, nitkowatego tytoniu, marki do wyboru.

Raz odpalony papieros nie pali się jednostajnie, a wybucha co czas jakiś żarem ognia zapalniczki podjarany. Pali się go po kowbojsku, zmieniając ustalony od dawna układ palców. Zaciągnięcie natomiast jest dłuższe, bardziej zachłanne niż zwykłego paczkowanego. Tu toczy się walka o przeżycie na jednym życiu… Odpalany co rusz, irytuje swoim niezdecydowaniem i kaprysem bycia-niebycia. Odpalasz. Zapalasz. Gaśnie. płonie.

Perypetie skręconego papierosa są wielowątkowe. Początkowo wprawiają w obrzydzenie tytoniem pchającym się na zęby, by po czasie skonstatować, że smak ten jednakowo,  przez nas samych dozowany, jest smakiem lepszym, zrównoważonym według naszych osobistych potrzeb.

Skręcony papieros ma krótki żywot, jest zaledwie skręcony i odpalony, po czym zgaszony podmuchem zbyt natarczywego wiatru obumiera. Jak w każdej wiekszej religii żywot jego podzielony jest na trzy fazy. Zaobserwowana fazowość, odbija się fazami toczących się równolegle zdarzeń pobocznych.

A zatem chwyćmy bibułkę, na skraju  umieśćmy filtr, a całość opatulmy pianką tytoniu. Jeszcze tylko pozostaje zrolować  gotową miksturę…

Delikatnie odpalony, zaczyna tlić  swoją opowieść….