Przychodzi taki moment kiedy po oficjalnym pożegnaniu zdajemy sobie sprawę, że to faktycznie jest koniec. Za pierwszym razem prawda ta jasno i werbalnie wyartykułowana, trafia do naszej świadomości, jednak dłuższy czas zalega tam, by ostatecznie po kilku dniach osiąść na głębinach naszego rozumowania ostatecznie, całkowicie pojęta. Jak to się mogło stać?! Może nie potrafimy odpowiedzieć na to pytanie jasno i klarownie, i przy odrobienie szczęscia(w nieszczęściu) wkroczylibyśmy do tej rzeki raz jeszcze, ale w głębi zwoi mózgowych w końcu zakodowało się to dramatycznie- z pozoru brzmiące słowo: koniec.
Koniec może być bolesny, a może być też długo wyczekiwany. Koniec może być zbawienny, a zarazem może być (dlaczego nie?) początkiem czegoś nowego. Koniec końców, każdy koniec ma wiele końców.
Przewrotnie zatem życie wyznaczane jest przez małe zakończenia, które dublowane są przez trawiącą je świadomość. Koniec końców wreszcie coś się dzieje. Koniec końców końce też się kiedyś skończą.
Każdy koniec uczy nas jak następnym razem lepiej skończyć. Z drugiej strony, jednak czy nieustannie mnożąc końce nie zaczniemy o nich myśleć nim coś naprawdę się rozpocznie?
Można rozpocząć zatem dzień, z myślą, że przecież i tak przeminie nim wszystko zdążymy zrobić, a do łóżka powrócimy niebawem, więc nie ma co żałować niedokończonych snów. Można przygotować śniadanie, obiad, kolacje, myśląc nieustannie że i tak zaraz zniknie efekt naszej pracy. Głodni natomiast będziemy znów za kilka godzin, który to głód skończy się wraz z kolejnym (skończonym)posiłkiem. Idąc na zajęcia można wyobrażać sobie, że zaraz się skończą, a wraz z upływem skończonych dni minie także semestr, a tuż za nim kolejny rok. Można się gdzieś spieszyć mówiąc „zaraz skończę”. Można skończyć z czymś lub z kimś. Wariacją skończenia jest porzucenie i rzucenie. Jeśli coś porzucamy, to z reguły nie jest to dokończone. Jeśli zaś rzucamy coś, to jak się domyślam najzwyczajniej się z tym rozstajemy.
Myślenie o końcach bywa jednak nazbyt ostateczne, sprowadza na niebezpieczne meandry dyskusji o skończoności, które i tak nie kończą się niczym odkrywczym. Koniec jest końcem(!) i nie ma w tym niestety, żadnej większej filozofii. Ku chwale końca pozostaje się tylko …skończyć.
